czwartek, 19 listopada 2009

Ach te rajdy...

Od niezapomnianych czasów, gdy w Polsce i Europie rządził Hołowczyc a na świecie fajnie bawili się wszyscy dzięki wspaniałej grze Colin McRae Rally zaglądam co jakiś czas co w świecie rajdowym słychać. Tym razem filmik przesłał mi znajomy (dzięki Krzyś:) i jest to po prostu straszne - szczególnie ten drągal!!!



Przypomniał mi się przy okazji inny ciekawy film, który jakiś czas temu rządził w internecie, pora najwyższa go przypomnieć:)

Artest jest niezastąpiony:)

poniedziałek, 14 września 2009

Luc Longley powrócił


... i to niestety miało miejsce dzisiaj w Łodzi. Miałem nieodparte wrażenie, że gra naszego eksportowego zawodnika, zdaniem wielu gwiazdy reprezentacji Polski kogoś mi dzisiaj bardzo przypomina. O ile na początku było jeszcze nieźle, to z upływem czasu stawało się coraz gorzej.
Wychowałem się na koszykówce wczesnych lat 90, kiedy to jak wiadomo dzielili i rządzili Chicago Bulls. Jak wiadomo była to drużyna doskonała, no prawie doskonała...
Wszyscy znamy popisy Jordana i Pippena, wszechstronnego Kukoca, swietnie broniącego Harpera czy charyzmatycznego "Enfant terrible" - Dennisa Rodmana.
Ale mieli jeden jedyny mankament w swoim teamie - do dzisiaj nie wiadomo z jakiego powodu do tej drużyny dołączył australijski gigant - Luc Longley.
Otóż osobnik ten drażnił chyba wszystkich, trenera Jacksona, wielkiego MJ, kolegów na ławce, którzy się podśmiewali po jego nieudanych rzutach, Rodmana, który zdarzało się, że wypłacał mu "karczycho", aż po kibiców Bulls i ich zagorzałych przeciwników. Ja do dzisiaj mam traumę spowodowaną jego istnieniem w NBA, a dzięki Gortatowi Luc Longley po raz kolejny dał znać o sobie i z "buciorami" wtargnął w moje życie.

No bo jak inaczej nazwać to co wyczyniał dzisiaj nasz środkowy. Mogę zrozumieć, że Erazem Lorbek go ogrywał jak chciał, bo jest koszykarzem pełniejszym, bardziej doświadczonym i ogólnie lepszym. Ale nie potrafię zrozumieć kilku innych rzeczy.
Tego na przykład że Gortat rzucał z pod kosza jak "panienka". Czy ostatnie lata wspólnych treningów z najsilniejszym potworem podkoszowym świata nie nauczyły go, że będąc sam na sam z koszem najlepiej się na nim uwiesić, a nie rzucać "świeczki" w górę? Ma tyle siły i dynamiki, że grzechem jest tego nie wykorzystywać. Żal było patrzeć jak "robi go w konia" ledwo człapający po parkiecie inny kandydat na " Luca" -Primoz Brezec.

Nie potrafię też zrozumieć jego narzekania na kiepski bank informacji, o którym wspominał przy okazji wcześniejszych spotkań. Teraz miał trochę czasu na to aby rozpracować rywala, jednak nie zrobił tego dostatecznie.
Mało tego, nie zrobił chyba tego wcale, bo jak dobrze słyszałem, to Gortat powtórzył w wywiadzie pomeczowym, że grał przeciwko Słowacji a nie Słowenii, a to w przypadku koszykarzy ( w piłce kopanej leją nas i jedni i drudzy:) ma duże znaczenie.

Jeszcze jedna sprawa - czy Pan Marcin nie aby za szybko uwierzył, że jest Kobe Bryantem? Pytam, bo oddał dzisiaj 10 rzutów, w turnieju oddaje ich ponad 11, a w całej karierze NBA oddaje ich średnio 2,5 na mecz. Pytam czy on jest specjalistą od obrony (dzisiejszy mecz pokazał że nie bardzo) czy od ataku?
Mam nadzieję, że Marcin Gortat stanie dzisiaj przed lustrem i zada sobie pytanie, czy zrobił wszystko aby ten mecz wygrać.

środa, 3 czerwca 2009

Czas na finały


Już tylko godziny dzielą nas od długo oczekiwanego finału NBA. Jaki on będzie - nie wiem, ale postaram się przybliżyć nieco moje dywagacje na temat rozpoznania sił ubu drużyn.

Porwnanie sił

Derek Fisher - Rafer Alston


Większość fachowców stawia tę parę rozgrywających jako równorzędnych zawodników, z których żaden z nich nie powinien wybić się
ponad przeciętność. Ja jednak pozwolę sobie ocenić sytuację zupełnie inaczej. Być może nie będzie to kluczowa przewaga ze strony Magic,
ale sądzę iż postawa Alstona powinna być ważnym elementem, który może drużynę Van Gundy'ego prowadzić do zwycięstw. Alston wszedł już do drużyny, co pokazują
jego ostatnnie spotkania. Fisher najlepsze lata ma już zdecydowanie za sobą, nie potrafił w najmniejszym chociażby stopniu ograniczyć poczynań tak
Derona Williamsa jak i Billupsa, że nie wspomnę już o Aaronie Brooksie, kóry wokół playmakera Lakers mógłby w kółko gonić całymi godzinami. Na domiar złego
najsilniejsza broń jaką przez lata dysponował Fisher - rzuty z dystansu w obecnej chwili nie stanowią żadnego zagrożenia - ledwo 23,5 % celności.

Przewaga - Magic

Kobe Bryant - Courtney Lee


W tym miejscu komentarz jest zbyteczny. Kobego nie dał rady zatrzymać Shane Battier wespół z największym "uprzykrzaczem" ligi - Ronem Artestem,
więc nie zatrzyma go i młody obrońca Magików, sam z resztą nie powinien być wyróżniającym się graczem swojego zespołu.

Przewaga - Lakers (tak wysoka, że należy ją co najmniej pomnożyć przez dwa).

Trevor Ariza - Hedo Turkoglu

Nominalnie na "trójce" w ekipie Lakers jest były gracz Orlando, jednak więcej czasu na boisku spędzić powinien od niego Odom.
Ale będąc drobiazgowym i oceniając graczy z pierwszej piątki należy przyznać w tym miejscu, że mamy do czynienia z dwoma
zupełnie odmiennymi stylami gry. Ariza trochę szalony, bardzo efektowny, dobrze broniący - naprzeciwko Turka, który w obronie nie
błyszczy, za ma cały zasób świetnych zagrań w ataku i jest go ciężko powstrzymać, do tego sporo zbiera i nieźle podaje.

Przewaga - Magic

Pau Gasol - Rashard Lewis


Na pozycji silnego skrzydłowego spotykamy również odmienne style. Z jednej strony Hiszpan, który gra dobrze tyłem do kosza i lubi grę blisko niego,
z drugiej mamy uciekającego zazwyczaj na obwód bardzo skutecznego Lewisa, który tak naprawdę nadaje się bardziej na pozycję niskiego skrzydłowego.
Patrząc na nazwiska łatwo postawić ocenę, jeśli jednak weźmiemy pod uwagę fakt, iż Lewis prezentuje się lepiej w play off niż w regular season, a Gasol
jest jakby już coraz bardziej zmęczony (niestety dla niego nie ma w swoim zespole kogoś na miarę Dwighta Howarda i praktycznie sam musiał bić się z Yao, Boozerem i Nene)
to można się głębiej zastanowić nad finalną notą.

Przewaga - remis


Andrew Bynum - Dwight Howard


Bynum na razie zawodzi na całej linii, jego statystyki są po prostu śmieszne. Jeszcze rok temu wydawało się, że będzie on wspaniałą odpowiedzą "Jeziorowców" na
Howarda, jednak nici wyszło z progresu tego zawodnika. Howard będzie miał ogromną przewagę po tablicami, które z pewnością zdominuje. Bynum spędzi zapewne mało minut
na parkiecie, a Gasol jest za wątły na "Bestię" z Florydy.

Przewaga - Magic

Rezerwowi:


Brown, Odom, Farmar, Vujacic, Walton naprzeciw Johnsona, Battieg, Gortata, Pietrusa i J.J Reddicka. Dla nas miło by było, gdyby swoją cegiełkę do emocji w finałach dorzucił
Marcin Gortat, jednak będąc realistą nie liczę na zbyt dużą ilość minut dla "Polish Hammera". Ważnym ogniwem w Lakers będzie Odom, który w dobrej formie może być nawet i liderem zespołu, zaś
w Orlando wiele się oczekuje od Pietrusa, który zapewne będzie plastrem Bryanta. Większym doświadczeniem dysponują w końcowej ocenie jednak gracze z Los Angeles.

Przewaga - Lakers

wtorek, 19 maja 2009

Nuggets czy Lakers?


Drużyna Los Angeles Lakers była spodziewana w tej fazie rozgrywek. Ba, pod koniec regular season według wielu opinii była głównym faworytem do zdobycia trofeum mistrzowskiego.

Męcząca seria z mocno osłabionymi Houston Rockets pokazała jednak, że wicemistrzowie NBA nie są wcale aż tacy mocni, jak mogłoby się wcześniej wydawać. Trener Phil Jackson polegać może właściwie jedynie na liderze zespołu Kobe Bryancie, który jak dotąd napędza swój team i nie zawodzi.
Nie można tego natomiast powiedzieć o Lamarze Odomie, który o ile miał dobrą serię z Jazz, to już w starciu z "Rakietami" nie błyszczał aż w takim stopniu. Andrew Bynum miewał przebłyski formy w trakcie sezonu regularnego, teraz trapiony urazami albo jest zablokowany psychicznie,albo jest po prostu za młody i jeszcze nie gotowy do starć o wymiarze play off.

Zagadkowa jest także postawa hiszpańskiego internacjonała Pau Gasola, po którym widać wyraźne zmęczenie. Pojedynki z Carlosem Boozerem oraz ostatnie z Luisem Scolą i Yao Mingiem w połączeniu z ciężkim sezonem, gdzie przez długi czas musiał radzić sobie sam bez Bynuma pod koszem odbiły się wyraźnie na jego formie.
Derek Fisher nigdy nie był tuzem koszykówki, wraz z wiekiem forma spada, miejsce w szeregu pokazał mu ostatnio Aaron Brooks, ciężko zatem wyobrazić sobie więc aby był w stanie nawiązać walkę z Billupsem.
Nie chcę być złym prorokiem dla drużyny z Miasta Aniołów, ale więcej argumentów przemawia za ich rywalami.

Po pierwsze:

Presja wyniku i oczekiwań - jeśli w zeszłym sezonie nie udało się zdobyć mistrzostwa to teraz każdy spodziewa się po nich tego jednego kroku dalej. Kobe ciągle zmaga się z przekleństwem Shaqa - pierścień udało mu się zdobywać tylko wtedy, kiedy miał obok siebie właśnie giganta z Phoenix Suns.
Z jednej strony strasznie go to motywuje, z drugiej natomiast może blokować i być swoistym fatum.

Po drugie:

Zmęczenie- Denver od środy, kiedy to wyeliminwoali Mavs mają 6 dni odpoczynku, we wcześniejszej serii Hornets także stawili trochę mniejszy opór niż Jazz Lakersom.

Po trzecie:

Nie mający nic do stracenia rywale - po pozbyciu się Marcusa Camby'ego, a potem Allena Iversona wydawało się że ta ekipa nie wejdzie nawet do play off. Wobec problemów zdrowotnych jakie nie omijają Kenyona Martina i Nene spodziewano się jedynie wyskoków strzeleckich Melo od czasu do czasu.
Stało się inaczej, po dojściu Billupsa ta drużyna przeżyła metamorfozę, zaczęła wygrywać, Melo stał się dużo lepszym graczem, Nene i Martin wyzdrowieli a do zespołu niesamowicie wstrzelił się Chris Andersen. Ale najważniejsze co stało się z tą drużyną to fakt iż w końcu zaczęli bronić!

Po czwarte:

Chauncey Billups - który trener nie chciałby mieć go w swoim zespole? Chyba żaden by nie odmówił. Doc Rivers zapytany o jego odejście z Pistons na zachód wyraził się w ten oto sposób: "Najlepiej jakby wszyscy pięciu poszli tam w cholerę". Czemu się tak wyraził? Pewnie dlatego, że w Detroit Chauncey wraz z kolegami stali się kolektywem nie tylko prezentującym się świetnie pod względem sportowym, ale i z ogromnym charakterem, który wniósł teraz do Nuggets. W sezonie regularnym przeważnie jest w cieniu, takbyło przed paroma laty, kiedy na topie byli Steve Nash i Jason Kidd, a obecnie na pozycji PG rządzą Chris Paul i Deron Williams. A proszę mi powiedzieć - który z nich gra dalej w play off? No właśnie, żaden - na dodatek Kidd a wcześniej Paul przekonali się o mocy Billupsa w tegorocznych bojach posezonowych bezpośrednio na włąsnej skórze.

Po piąte:

Festiwal "trójek"- J.R Smith, Billups i Melo, jest niesamowicie ciężko pilnować tej trójki, jeśli jednocześnie przebywa na parkiecie. Próba podwojenia któregokolwiek z nich kończy się przeważnie na dokładnym podaniu do tego na czystej pozycji i stratą 3 punktów, gdyż rzadko marnują takie okazje.

Jak będzie w tej rywalizacji to okaże się za około półtorej tygodnia, kiedy zakończy się prawdopodobnie walka pomiędzy tymi drużynami i poznamy finalistę NBA. Skłonny jestem jednak w tym miejscu na stwierdzenie iż w chwili obecnej szanse obu zespołów rozkładają się w proporcji 60:40 na korzyść teamu George Karla. Coś, co jeszcze parę tygodni temu mogło wydawać się szaleństwem i uznane za totalną herezję - w tej chwili nabiera realnego kształtu. No, chyba że obudzą się Odom z Bynumem, chudy Gasol przetrwa bitwę z Nene, Martinem i Andersenem, a Bryant wzniesie się na wyżyny swoich możliwości.

czwartek, 7 maja 2009

Mamy nowego Howarda Webba!!!


Los jest okrutny, Anglik Howard Webb w pewnym sensie skrzywdził nas Polaków na ostatnich ME w Austrii, teraz to właśnie Anglicy cierpią z powodu zupełnie innego łysego pana sędziego - tym razem z Norwegii, którego świat na dobre poznał wczorajszego wieczoru w bitwie pomiędzy Chelsea i Barceloną.

Fanów Londyńczyków lepiej nie pytać o ten mecz, wszyscy zgodnym tonem oznajmią bowiem, że zostali oszukani przez sędziego Ovrebo, ten zaś stał się obiektem drwin na całym świecie za pośrednictwem internetu, gdzie powstało i zapewne powstanie wiele kompilacji z jego udziałem.
Nie mnie oceniać w tym miejscu pracę "łysola", bo mylił się w obie strony (czerwień Abidala...), ale miałem ubaw po pachy, gdy zobaczyłem ten oto filmik z podkładem ze znanego serialu komediowego:)
Kliknij tutaj

Ja jestem ciekaw jak potoczy się dalsza kariera szanownego Norwega, mam pewną sugestię, by dołączył do tego grona z powyższego zdjęcia...

wtorek, 5 maja 2009

Finał marzeń?

Tak jak w tytule, tak też mam nadzieję że się stanie i w Rzymie na Stadio Olimpico, gdzie zdecydowana większość kibiców na całym świecie chciałaby widzieć w bezpośrednim pojedynku ekipy FC Barcelona i Manchester United.

"Czerwone Diabły" uczyniły już w tym kierunku pewne kroki nokautując w Londynie Arsenal, gdzie po 60 minutach prowadzili już 3:0 i sprawa była jasna, teraz pozostaje mieć nadzieję, że jutro o tej samej porze z awansu do finału cieszyć się będą kibice w Katalonii.

Nie dlatego, że nikt nie lubi Chelsea, Ballacka, Drogby, czy zadufanego Hiddinka, ale z tego głównie powodu, że kibice są ciekawi jak w rzeczywistości będzie wyglądać zderzenie dwóch bez wątpienia najlepszych zespołów na świecie, wirtuzoów techniki jakimi są Messi i Ronaldo, piekielnie szybkich Henry'ego, Eto'o, Rooneya, Teveza czy rewelacyjnych pomocników od których w głównej chyba mierze będą zależeć losy tego spotkania.

Jedno tylko pewnie zasmuci, podejrzewam że po ewentualnym sukcesie MU Ryan Giggs i Edwin Van Der Sar zakończą prawdopodobnie bogate kariery piłkarskie. Bez nich ciężko wyobrazić sobie MU, ale mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych.

A jak będzie - o tym dowiemy się już 27 maja.