poniedziałek, 14 września 2009

Luc Longley powrócił


... i to niestety miało miejsce dzisiaj w Łodzi. Miałem nieodparte wrażenie, że gra naszego eksportowego zawodnika, zdaniem wielu gwiazdy reprezentacji Polski kogoś mi dzisiaj bardzo przypomina. O ile na początku było jeszcze nieźle, to z upływem czasu stawało się coraz gorzej.
Wychowałem się na koszykówce wczesnych lat 90, kiedy to jak wiadomo dzielili i rządzili Chicago Bulls. Jak wiadomo była to drużyna doskonała, no prawie doskonała...
Wszyscy znamy popisy Jordana i Pippena, wszechstronnego Kukoca, swietnie broniącego Harpera czy charyzmatycznego "Enfant terrible" - Dennisa Rodmana.
Ale mieli jeden jedyny mankament w swoim teamie - do dzisiaj nie wiadomo z jakiego powodu do tej drużyny dołączył australijski gigant - Luc Longley.
Otóż osobnik ten drażnił chyba wszystkich, trenera Jacksona, wielkiego MJ, kolegów na ławce, którzy się podśmiewali po jego nieudanych rzutach, Rodmana, który zdarzało się, że wypłacał mu "karczycho", aż po kibiców Bulls i ich zagorzałych przeciwników. Ja do dzisiaj mam traumę spowodowaną jego istnieniem w NBA, a dzięki Gortatowi Luc Longley po raz kolejny dał znać o sobie i z "buciorami" wtargnął w moje życie.

No bo jak inaczej nazwać to co wyczyniał dzisiaj nasz środkowy. Mogę zrozumieć, że Erazem Lorbek go ogrywał jak chciał, bo jest koszykarzem pełniejszym, bardziej doświadczonym i ogólnie lepszym. Ale nie potrafię zrozumieć kilku innych rzeczy.
Tego na przykład że Gortat rzucał z pod kosza jak "panienka". Czy ostatnie lata wspólnych treningów z najsilniejszym potworem podkoszowym świata nie nauczyły go, że będąc sam na sam z koszem najlepiej się na nim uwiesić, a nie rzucać "świeczki" w górę? Ma tyle siły i dynamiki, że grzechem jest tego nie wykorzystywać. Żal było patrzeć jak "robi go w konia" ledwo człapający po parkiecie inny kandydat na " Luca" -Primoz Brezec.

Nie potrafię też zrozumieć jego narzekania na kiepski bank informacji, o którym wspominał przy okazji wcześniejszych spotkań. Teraz miał trochę czasu na to aby rozpracować rywala, jednak nie zrobił tego dostatecznie.
Mało tego, nie zrobił chyba tego wcale, bo jak dobrze słyszałem, to Gortat powtórzył w wywiadzie pomeczowym, że grał przeciwko Słowacji a nie Słowenii, a to w przypadku koszykarzy ( w piłce kopanej leją nas i jedni i drudzy:) ma duże znaczenie.

Jeszcze jedna sprawa - czy Pan Marcin nie aby za szybko uwierzył, że jest Kobe Bryantem? Pytam, bo oddał dzisiaj 10 rzutów, w turnieju oddaje ich ponad 11, a w całej karierze NBA oddaje ich średnio 2,5 na mecz. Pytam czy on jest specjalistą od obrony (dzisiejszy mecz pokazał że nie bardzo) czy od ataku?
Mam nadzieję, że Marcin Gortat stanie dzisiaj przed lustrem i zada sobie pytanie, czy zrobił wszystko aby ten mecz wygrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz