
Drużyna Los Angeles Lakers była spodziewana w tej fazie rozgrywek. Ba, pod koniec regular season według wielu opinii była głównym faworytem do zdobycia trofeum mistrzowskiego.
Męcząca seria z mocno osłabionymi Houston Rockets pokazała jednak, że wicemistrzowie NBA nie są wcale aż tacy mocni, jak mogłoby się wcześniej wydawać. Trener Phil Jackson polegać może właściwie jedynie na liderze zespołu Kobe Bryancie, który jak dotąd napędza swój team i nie zawodzi.
Nie można tego natomiast powiedzieć o Lamarze Odomie, który o ile miał dobrą serię z Jazz, to już w starciu z "Rakietami" nie błyszczał aż w takim stopniu. Andrew Bynum miewał przebłyski formy w trakcie sezonu regularnego, teraz trapiony urazami albo jest zablokowany psychicznie,albo jest po prostu za młody i jeszcze nie gotowy do starć o wymiarze play off.
Zagadkowa jest także postawa hiszpańskiego internacjonała Pau Gasola, po którym widać wyraźne zmęczenie. Pojedynki z Carlosem Boozerem oraz ostatnie z Luisem Scolą i Yao Mingiem w połączeniu z ciężkim sezonem, gdzie przez długi czas musiał radzić sobie sam bez Bynuma pod koszem odbiły się wyraźnie na jego formie.
Derek Fisher nigdy nie był tuzem koszykówki, wraz z wiekiem forma spada, miejsce w szeregu pokazał mu ostatnio Aaron Brooks, ciężko zatem wyobrazić sobie więc aby był w stanie nawiązać walkę z Billupsem.
Nie chcę być złym prorokiem dla drużyny z Miasta Aniołów, ale więcej argumentów przemawia za ich rywalami.
Po pierwsze:
Presja wyniku i oczekiwań - jeśli w zeszłym sezonie nie udało się zdobyć mistrzostwa to teraz każdy spodziewa się po nich tego jednego kroku dalej. Kobe ciągle zmaga się z przekleństwem Shaqa - pierścień udało mu się zdobywać tylko wtedy, kiedy miał obok siebie właśnie giganta z Phoenix Suns.
Z jednej strony strasznie go to motywuje, z drugiej natomiast może blokować i być swoistym fatum.
Po drugie:
Zmęczenie- Denver od środy, kiedy to wyeliminwoali Mavs mają 6 dni odpoczynku, we wcześniejszej serii Hornets także stawili trochę mniejszy opór niż Jazz Lakersom.
Po trzecie:
Nie mający nic do stracenia rywale - po pozbyciu się Marcusa Camby'ego, a potem Allena Iversona wydawało się że ta ekipa nie wejdzie nawet do play off. Wobec problemów zdrowotnych jakie nie omijają Kenyona Martina i Nene spodziewano się jedynie wyskoków strzeleckich Melo od czasu do czasu.
Stało się inaczej, po dojściu Billupsa ta drużyna przeżyła metamorfozę, zaczęła wygrywać, Melo stał się dużo lepszym graczem, Nene i Martin wyzdrowieli a do zespołu niesamowicie wstrzelił się Chris Andersen. Ale najważniejsze co stało się z tą drużyną to fakt iż w końcu zaczęli bronić!
Po czwarte:
Chauncey Billups - który trener nie chciałby mieć go w swoim zespole? Chyba żaden by nie odmówił. Doc Rivers zapytany o jego odejście z Pistons na zachód wyraził się w ten oto sposób: "Najlepiej jakby wszyscy pięciu poszli tam w cholerę". Czemu się tak wyraził? Pewnie dlatego, że w Detroit Chauncey wraz z kolegami stali się kolektywem nie tylko prezentującym się świetnie pod względem sportowym, ale i z ogromnym charakterem, który wniósł teraz do Nuggets. W sezonie regularnym przeważnie jest w cieniu, takbyło przed paroma laty, kiedy na topie byli Steve Nash i Jason Kidd, a obecnie na pozycji PG rządzą Chris Paul i Deron Williams. A proszę mi powiedzieć - który z nich gra dalej w play off? No właśnie, żaden - na dodatek Kidd a wcześniej Paul przekonali się o mocy Billupsa w tegorocznych bojach posezonowych bezpośrednio na włąsnej skórze.
Po piąte:
Festiwal "trójek"- J.R Smith, Billups i Melo, jest niesamowicie ciężko pilnować tej trójki, jeśli jednocześnie przebywa na parkiecie. Próba podwojenia któregokolwiek z nich kończy się przeważnie na dokładnym podaniu do tego na czystej pozycji i stratą 3 punktów, gdyż rzadko marnują takie okazje.
Jak będzie w tej rywalizacji to okaże się za około półtorej tygodnia, kiedy zakończy się prawdopodobnie walka pomiędzy tymi drużynami i poznamy finalistę NBA. Skłonny jestem jednak w tym miejscu na stwierdzenie iż w chwili obecnej szanse obu zespołów rozkładają się w proporcji 60:40 na korzyść teamu George Karla. Coś, co jeszcze parę tygodni temu mogło wydawać się szaleństwem i uznane za totalną herezję - w tej chwili nabiera realnego kształtu. No, chyba że obudzą się Odom z Bynumem, chudy Gasol przetrwa bitwę z Nene, Martinem i Andersenem, a Bryant wzniesie się na wyżyny swoich możliwości.
