poniedziałek, 13 grudnia 2010

Whos the best?

To kwestia rzecz jasna bardzo sporna. Wielu stawia Chrisa Paula przed wszystkimi, są fani Rajona Rondo, który prowadzi w statystykach końcowych podań w tym momencie.

Na obecną chwilę na fali zdaje się być szczególnie Deron Williams. W dalszym ciągu swoje udowadnia Steve Nash, a nieprawdopodobnie poczyna sobie także i Raymond Felton. A przecież jest też dający nadzieję na nowe po Jordanie- Derrick Rose i Tony Parker z najlepszym bilansem w lidze. No więc kto?

Nie wiem. Natomiast wiem, kto będzie się w niedalekiej przyszłości o to miano starał najbardziej. Nie będzie chyba niespodzianką, jeśli w tym miejscu wspomnę o Russellu Westbrooku. Póki co sam zainteresowany wypowiada się na ten temat z pokorą:

Nie wiem ilu jest lepszych playmakerów ode mnie. Chyba wielu. Czuję, że muszę jeszcze uczynić spory skok aby im dorównać i wiele poprawić w swojej grze. Wiem, że jest ich wielu, ale ja będę dążył do tego każdej pory roku aby być najlepszy.


I jak na razie idzie mu to bardzo dobrze. Jeśli porównamy jego dokonania z ostatnim sezonem, to nie mamy nawet o czym mówić. Z 16.1 pkt na mecz skoczył na 23.6, poprawił o prawie jedną asystę liczbę skutcznych podań wynoszącą ostatnio 8.8 a także lepiej „kradnie” – 2.1 przechwytów na mecz. Dalej marnie jest z rzutami „za trzy”, bo te nie wynoszą nawet 30% ale i to da się poprawić. Przecież ma dopiero 22 lata....Z resztą Rondo ma również niewiele lepszą statystykę pod tym względem.

Kiedy nastąpiła eksplozja jego talentu? Zdecydowanie podczas ostatnich play off, kiedy parafrazując Mariusza Pudzinowskiego – „tanio skóry nie sprzedali” w pierwszej rundzie przeciwko Lakers. Sam Kobe Bryant po zakończonej serii wypowiadał się w samych superlatywach na temat graczy Thunder. A derek Fisher woli nie pamiętać tamtej rywalizacji...

Jego komentarz, (Kobe) to był spory zaszczyt dla nas. Wyszliśmy na parkiet walczyć i nabraliśmy do siebie dużo większego zaufania dzięki takiej grze.

To dało mu większą pewność siebie. Ale wart podkreślenia jest także fakt jego udziału we wrześniowych MŚ w Turcji, gdzie także mógł pokazać się światu i gdzie dzięki ostatecznemu triumfowi uwierzył, że można zwyciężać. Jest także dużo pewniejszy jeśli chodzi o obecny sezon i występy Oklahoma w Konferencji Zachodniej:

Kluczową sprawą są dla nas zbiórki i obrona. Jesteśmy w tym coraz lepsi. Ponadto każdy z nas chce byśmy byli drużyną i pomimo tego, że każdy z osobna jest na swój sposób w centrum uwagi, to chcemy grać ze sobą i stanowić jedność.

Westbrook nie jest też samolubem, gdyż podkreśla rolę Kevina Duranta w zespole.

Jestem zdecydowanie szczęśliwy, że mam go obok siebie. Często śmieję się sam do siebie gdy trafia te nieprawdopodobne rzuty i wyczynia różne rzeczy na parkiecie, dzięki którym mogę jedynie potrząsać głową z niedowierzaniem. Jest to wspaniałe uczucie, gdy maż takiego kolesia koło siebie.

wtorek, 7 grudnia 2010

W pogoni za MVP 2010/11 - część 2

Każda z drużyn zagrała w obecnym sezonie przynajmniej 20 spotkań. Czas więc dogodny do tego, aby ruszyć dalej w rejsie po MVP. W porównaniu do ubiegłego notowania nastąpiły spore rewolucje. Czy słuszne? Wy to oceńcie!

Jak zawsze takich przypadkach ciężko jest wybrać i dogodzić wszystkim, gdyż szczególnie na początku obecnego sezonu ciężko wskazać prawdziwego lidera, takiego który potrafi zdominować grę w lidze. W poprzednich latach było tak, że świetne początki miał Howard i wydawał się pewniakiem do nagrody, ale po okresie świątecznym zaliczał obniżkę, która nawarstwiała się wraz ze zbliżającym się All Star Weekend, gdzie później przez kilka tygodni dysponował formą "weekendową".

W obecnych rozgrywkach jest zupełnie inaczej. Nie ma zdecydowanego faworyta i tak powinno pozostać przynajmniej do wspomnianego wcześniej ASG, kiedy to dopiero wtedy będzie można określić bardziej zdecydowanie układ sił. A póki co - wygląda on następująco:

1. Dirk Nowitzki – 24.9pkt, 7.7zb, 2.3as (16:4)

Za co? Przede wszystkim za rozkład drużyn, które Mavs pozostawili w ostatnim czasie w pokonanym polu. A byli to: Utah, San Antonio, Atlanta, Miami czy Oklahoma. W każdym z tych meczów Niemiec miał na koncie przynajmniej 20 „oczek” przypominając gracza, który w 2007 roku wygrał wyścig po najcenniejsze indywidualne wyróżnienie.

2. Manu Ginobili 20.6pkt, 3.7zb, 5.0as, 1.9prz (17:3)

Powiecie pewnie, że oszalałem. Nic z tych rzeczy. Argentyńczyk jest w tym sezonie po prostu liderem drużyny mającej najlepszy bilans w lidze, mającej najlepszy start w historii klubu a sam pomimo prawie 34 lat notuje najlepszy sezon w karierze.


3. Deron Williams 21.8pkt, 10.0as, 4.2zb (16:6)


Jeżeli ktoś miał wątpliwości kto był prawdziwym liderem Jazz, czy Boozer czy Williams to w trakcie obecnego sezonu powinien już je rozwiać. Poza wyścigiem po nagrodę MVP bardzo ciekawie wygląda także rywalizacja o miano najlepszego playmakera ligi, która w tym roku nabiera niebywałego kolorytu.

4. Rajon Rondo


Ech Panie Rondo...Gdyby Pan jeszcze lepiej punktował. Bo ze średnią 11.4 pkt na mecz ciężko wygrać taką rywalizację. Obrońcy jego talentu wskażą zapewne fakt, że ilość asyst, jakie rozdaje jest wyższa niż ktokolwiek mógłby się do takowej zbliżyć, ale ja się nie dam przekonać.

5. Pau Gasol


W poprzednim notowaniu najwyżej sklasyfikowany, teraz spory spadek w dół. A wszystko przez zazdrośnika Kobe Bryanta, który stwierdził, że jest najwspanialszy na świecie i może wszystko. Przede wszystkim rzucać, dzięki czemu piłka do kosza wpadać nie chciała a Lakers przegrali cztery mecze z rzędu. A co za tym idzie spadły i notowania Hiszpana.

6. Dwight Howard

“Bestia” niby poprawiła wskaźniki punktowe, ale czegoś Jej jeszcze brak. Sam nie wiem, może kilku występów na poziomie 30pkt/20zb?

7. Russell Westbrook


Przed sezonem fachowcy wskazywali Kevina Duranta jako tego, który może walczyć o MVP. Tymczasem zza pleców wyskoczył Westbrook i korzystając m.in. z chwilowej niedyspozycji KD brał na siebie ciężar gry Thunder, co wychodziło mu z reguły świetnie.

8. Chris Paul

Może lepiej przemilczmy to, co wyprawiają Hornets? Kapitalny początek sezonu, a teraz mizeria w stylu zeszłego sezonu. A może tylko chwilowy kryzys?

9. LeBron James


Na zupełnie innym biegunie niż Hornets zdają się być Heat. Powoli zaczynają przypominać drużynę i również powoli pną się w górę. A James zdał prawdziwy egzamin dojrzałości przed kilkoma dniami, kiedy zagrał wspaniały mecz w hali, która tego dnia wyjątkowo była źle do Niego nastawiona.

10. Amar’e Stoudemire


A teraz czas na fanfary. Bo gracza Knicks w takim zestawieniu w obecnym wieku nie było. Za wcześnie jeszcze by oceniać pozytywnie sezon dla Nowojorczyków, ale takiego startu nie mieli dawno. Głównie za sprawą najwyższej klasy siły podkoszowej przybyłej prosto z serca Arizony.


P.S
Graczy w lidze mamy grubo ponad 400. Wybaczcie więc, że nie ma w zestawieniu 10 ścigających po nagrodę MVP Melo, Rose’a, Wade’a, Duranta, Bryanta czy Nasha. Po prostu na chwilę obecną są od nich lepsi inni. Przynajmniej do kolejnego notowania...

sobota, 13 listopada 2010

W pogoni za MVP 2010/11 - część 1

Trzy tygodnie gier w NBA już za nami, najwyższa więc pora by powoli zacząć zestawiać rankingi i podsumowania. Czas to dobry też na początek wyścigu po upragniony przez wielu MVP, który wzbudza zawsze emocje i kontrowersje. A ja cieszę się, że mogę się do tej dyskusji w choćby drobny sposób przyczynić.

Zacznę trochę nietypowo, bo od Komisarza ligi – Davida Sterna. Można chłopa nie lubić, z resztą mało kto za wszechwładnym przepada, ale trzeba przyznać mu, że często ma rację. Tak jest i teraz, gdy przed sezonem twierdził, że właśnie ten będzie wyjątkowy. Wcześnie na oceny całościowe, bo zespoły rozegrały niecałe dziesięć spotkań, ale widać już że w tym stwierdzeniu jest sporo racji.

Przede wszystkim należy powiedzieć coś o rozgrywających. Wiadomo było, że Williams, Paul i Rondo są zawodnikami o ogromnym talencie, ale chyba niewielu spodziewało się, że narzucą oni od początku tego sezonu tak wysokie tempo – nieosiągalne dla wielu. Zapomnijmy więc na chwilę o Jamesie, Dwyane czy Durancie z Bryantem, bo jak na razie liga należy do playmakerów!
Póki co walczyć z nimi może tylko jeden zawodnik...

1. Pau Gasol 22.7pkt, 11.8zb, 4.4as (8:1)

Gracz Lakers zdobył w koszykówce prawie wszystko. Jest Mistrzem Świata, Mistrzem Europy, posiada mistrzowski pierścień NBA. Czy teraz po bardzo dobrym początku sezonu, gdzie jego wskaźniki są lepsze praktycznie pod każdym względem z dotychczasowych w karierze wyruszył w długą podróż po MVP? Przerwa od występów w reprezentacji okazała się strzałem w dziesiątkę.

2.Chris Paul 17.9pkt, 5.4zb, 9.9as (7:0)

Fantastyczny start “Szerszeni” w dużej mierze jest zasługą Paula, który odpoczął przez większość poprzedniego sezonu i wyleczył wszystkie urazy. Średnie słabsze niż dotychczasowe dokonania w całej karierze, ale kwestią czasu jest, kiedy będą szły w górę. Kiedy trzeba (patrz występ przeciwko Heat) potrafi zagrać fenomenalnie – 19 asyst.

3. Deron Williams 21.8pkt, 5.0zb, 10.2 as (6:3)

Odwieczny rywal Chrisa Paula, nieodłącznie z nim kojarzony. Poza boiskiem są przyjaciółmi, ale na nim jeden drugiemu ciągle ma coś do udowodnienia. Nie inaczej jest i w tym sezonie, kiedy obaj biją się nawet o MVP. Williamsowi z pewnością pomogła w tym przeprowadzka Boozera do Bulls, bowiem stał się on teraz pierwszoplanową postacią w Salt Lake City.

4. Rajon Rondo 10.8pkt, 5.2zb, 14.9as (7:2)

Rondo od mocnego uderzenia rozpoczął sezon aplikując Heat 17 asyst. Dwa dni temu prawie powtórzył wynik mając tylko jedną mniej pozostawiając tym samym w cieniu wielką trójkę tak w Miami jak i Bostonie. Rondo musi bezapelacyjnie poprawić rzut, bo bez niego ciężko będzie mu przeskoczyć rywali.

5. Kobe Bryant 25.2pkt, 5.4zb, 4.3as (8:1)

„Black Mamba” nie jest co prawda w jakimś wielkim gazie, ale w poprzednim sezonie też nie był aż do play off. Co pokazał potem, to już wszyscy pamiętamy dobrze. Coraz częściej podkreśla, że coś go boli, że robi się starszy, ale czy podobnie nie mówił kiedyś Jordan?

6. Monta Ellis 26.8pkt, 4.1zb, 4.7as (6:3)

Czy jest niespodzianką miejsce w tym zestawieniu tego megaszybkiego zawodnika? Otóż nie, bo gracze z Oakland spisują się jak na razie świetnie. Progres także zauważalny, ale najważniejsze to pozycja drużyny.

7. Dirk Nowitzki 22.8pkt, 8.4zb, 1.5 as (6:2)
Niemiec jest najrówniej grającym zawodnikiem w lidze na przestrzeni kilku ostatnich sezonów. Ciągnie swoje Dallas i ciężko wyobrazić sobie ten zespół bez niego w składzie. Czy stać go na wyższą lokatę? Tak, ale warunek musi być jeden – podobnie jak w 2007 roku zespół Mavs musi być na czele.

8. Kevin Durant 28.9pkt, 6.6zb, 2.1 as (5:3)
Już na szczycie jeśli chodzi o klasyfikację strzelców. Wg wielu opinii murowany faworyt do MVP. Ale początek sezonu średni dla „młodych wilków”. Poza Bulls nie pokonali nikogo znaczącego, a z drużynami z wyższej półki (Celtics i Jazz) przegrali zdecydowanie.

9. Derrick Rose 23.6pkt, 3.7zb, 9.7as (4:3)

Lider Chicago bez pomocy Boozera radzi sobie wyśmienicie. Z nim powinni być w czubie Konferencji Wschodniej, która nadal jest dużo słabsza od Zachodniej.

10. Manu Ginobili 21.9pkt, 3.1zb, 4.9as (6:1)

Stare dziady w natarciu. Ktoś w Spurs musiał przejąć obowiązki lidera i jak na razie najlepiej z tej roli wywiązuje się Manu, który rozgrywa najlepszy sezon w karierze! San Antonio dawno tak mocno nie zaczęli i gdyby nie porażka w drugim meczu sezonu z Hornets, to pewnie o „Ostrogach” wypowiadano by się właśnie tak, jak o ich jedynych pogromcach. Faktem jest natomiast brak na liście pokonanych mocnych ekip i dopiero kolejne mecze dadzą nam odpowiedź na pytanie – w jakim miejscu znajdują się gracze Poppovicha.

Kogo na liście brakuje?

Wade, Bosh, James – powód bardzo dobrze znany. Ale z biegiem czasu przynajmniej dwóch z nich wejdzie do dziesiątki, to jest raczej nieuniknione, szczególnie że James broni trofeum.
Anthony – Nuggets pokonali Lakers i Utah, ale przegrali z osłabionymi Bulls i Pacers. Melo będzie jednak piął się w górę.
Howard – nie jest Bestią w taki sposób, jakiego wszyscy oczekują, a ponadto w grze Magic widać braki. Jego obecność w 10 byłaby mocno niesprawiedliwa.
Ktokolwiek z Hawks – ostry początek i jeszcze szybsze sprowadzenie na ziemię po czterech porażkach z rzędu.
Roy- słabiej niż oczekiwano, poza tym Artest dokładnie mu uzmysłowił, że jest jednak zawodnikiem, którego da się zatrzymać.

czwartek, 11 listopada 2010

O Asseco raz jeszcze

Oglądałem wczorajszy mecz Asseco Prokomu Gdynia w Eurolidze z Partizanem z nadzieją.
Nadzieją związaną z ewentualną pierwszą wygraną Mistrza Polski w tych rozgrywkach. Niestety zawiodłem się strasznie. Nie wynikiem, bo porażka wcale nie bolała. Ale grą, ogółem tego, co zaprezentowali wczoraj podopieczni "Packa".

Straty, brak zrozumienia i komunikacji oraz beznadziejna obrona. Było co prawda 7 przechwytów, ale to wynikało raczej z błędów Partizana aniżeli wymuszeń gospodarzy wczorajszego meczu. Natomiast tylko jeden blok w całym meczu pozostaje już wielce wymowny. Zostawianie bez opieki przez Vardę i nieporadnego Łapetękoszykarzy z Belgradu wołało wręcz o pomstę. O ile jeszcze ten pierwszy przyzwoicie grał w ataku (chociaż na siłę chciał zostać bohaterem i udowodnić nie wiadomo co swojemu pierwszemu w karierze klubowi) to nasz rodak był po prostu słaby.
Zastanawiać może natomiast zbyt krótka wizyta na parkiecie Hrycaniuka, który jako jedyny wczoraj z graczy podkoszowych wydawał się walczyć na parkiecie. Gry Jana Henrika lepiej nie komentować.
Amerykanie - Giddensowi mecz wczoraj nie wyszedł. Brown rzucił najwięcej punktów, ale i przewodził w stratach, chociaż w 4 przypadkach jakie akurat widziałem, partnerzy którym podawał piłki po prostu jej nie złapali z sobie wiadomych tylko powodów. Wydaje mi się więc, że akurat Bobby powinien mieć więcej luzu na boisku i poczucia takiego lidera, jakim był Woods w zeszłym sezonie. Bo Ewing na takiego się po prostu nie nadaje.
Mecze na tak wysokim poziomie wygrywa się obroną, a jej w Gdyni nie ma. Brakuje agresywności i nie istnieje w tym zespole takie pojęcie jak "przekazanie w obronie". Tak samo zastanawiający jest brak wykorzystania umiejętności strzeleckich Filipa Videnova. Czy w Trójmieście zastanowił się ktoś po co sprowadza się takiego snajpera tylko po to aby wpuścić go na 8 i pół minuty w meczu?

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że kariera koszykarza nie trwa wiecznie i zdrowie trzeba oszczędzać. Ale patrząc na dotychczasową grę Gdynian nie widzę wśród tych zawodników zaangażowania, nie wspominając już o poczuciu do przynależności klubowej zawodników. Odnoszę po prostu wrażenie, że wychodzą na parkiet tylko po to, aby "odwalić pańszczyznę".
A tak nie powinno być, bo wystarczy spojrzeć na graczy CSKA Moskwa, Barcelony, Żalgirisu czy jakiejkolwiek ekipy z Grecji - tam widać pasję i chęć do gry u każdego zawodnika, który wychodzi na parkiet. W drużynie Mistrza Polski tego nie widać wcale - przynajmniej ja nie widzę.

niedziela, 7 listopada 2010

Koszykarskie "jaja" po Trójmiejsku

To, że Asseco Prokom Gdynia przegrywa w tym sezonie częściej niż wygrywa nie zaskakuje już chyba nikogo. Ponad dwudziestu graczy w szerokim jego składzie, a więc wydawać by się mogło, że klub bogaty i z ambicjami na wysokie loty w trzech ligach. Ale tym razem nie o tym. Na podsumowanie ruchów organizacyjnych i transferowych w klubie z Gdyni jeszcze przyjdzie czas.
Coś, o czym chcę napisać, jest spostrzeżenie jakie dostrzegłem w dzisiejszym spotkaniu Mistrza Polski z PBG w Poznaniu, zasłużenie przez graczy z Wielkopolski wygranym 80:64.
Moją uwagę przykuło trzech zawodników Asseco, którzy wystąpili w tym meczu:
Iwo Kitzinger, Przemysław Frasunkiewicz i Robert Witka.
Każdy z nich to były bądź obecny reprezentant Polski, każdy z nich jest także znaną postacią dla przeciętnego kibica koszykówki w Polsce. Ale taki występ z ich strony jak dzisiaj w meczu PLK to są po prostu wielkie jaja z ich strony. Przejdźmy zatem do statystyk wszystkich "trzech muszkieterów".
Kitzinger - 20:53 minut na parkiecie, 0 punktów (0/2 za dwa 0/2 za trzy), 2 zbiórki, 2 straty, 2 faule.
Witka - 11:16 minut na parkiecie, 0 punktów (0/3 za trzy), 1 zbiórka.
Frasunkiewicz - 15:29 minut na parkiecie, 0 punktów (0/1 za trzy), 1 blok.

Podsumowując, spędzili na placu gry w sumie 47 minut i 38 sekund, w tym czasie nie zdobyli ani jednego punktu, mieli 3 zbiórki i jeden blok. Myślę, że o więcej zdobyczy pokusił by się nawet Brian Scalabrine, gdyby ktoś dał mu tyle czasu na wykorzystanie swojej szansy.

Żebyśmy zrozumieli się jasno, jestem zwolennikiem jak największej ilości Polaków w drużynach PLK, ale jeśli tacy zawodnicy odstawiają taką szopkę w lidze, to nie dziwmy się potem, że do PLK trafiają gracze z drugich bądź trzecich lig europejskich,albo tacy, którzy ostatni sezon spędzili gdzieś u jakiegoś szejka...

Być może wszyscy trzej zrobili coś w rodzaju protestu wobec polityki kadrowej Pacesasa lub cokolwiek w tym stylu, ale chyba lepszym sposobem byłoby zaprezentowanie się w jak najlepszym stylu pod względem sportowym, a nie błazenadą, bo tak trzeba to nazwać.
Zrozumiem też, że zagrywki ustawiane były pod Amerykanów, ale są też inne klasyfikacje, aniżeli zdobycz punktowa, w których można się wykazać.
Przykład? Najprostszy, z tego samego meczu - Bartosz Diduszko, w ciągu prawie 23 minut jego zdobycz to 11 punktów, 2 zbiórki, 2 asysty i 2 przechwyty. Kolejny to Piotr Stelmach, na parkiecie przez 20 minut, 12 punktów, 2 zbiórki, 2 asysty. A więc da się? Tak, ale trzeba chcieć!

czwartek, 4 listopada 2010

O Charliem i Kevinie raz jeszcze

Czy Kevin Garnett zrobił coś złego? A może Charlie Villanueva? Spór o to trwa od wczoraj, kiedy skrzydówy Pistons zamieścił informację na swoim twitterze, że KG nazwał go "chorym na raka".

Zasiadając przed komputerem przed napisaniem tego tekstu miałem dziwne i mieszane uczucia. Z pomocą nie przyszedł mi nawet wpis do blogu Macieja Kwiatkowskiego, który wielbi talent KG i jego wypowiedź jest zdecydowanie subiektywna (ale czy nie po to tworzy się blogi?). Pomogli mi zaopiniowac całą sytuację za to dwaj byli i obecni trenerzy NBA - Jeff Van Gundy oraz George Karl.
Niewątpliwie Villanueva cierpi na przykrą chorobę łysienia plackowatego. Niewątpliwie poskarżył się też o fakcie żartu ze strony KG na portalu społecznościowym (jak zwał tak zwał) co nie jest do końca dobrym posunięciem.

A dlaczego? Bo przypomina to trochę przedszkole. Ileż było sytuacji, kiedy silniejszy i większy chłopak przezwał młodszego kolegę a ten czym prędzej pognał ze łzami w oczach do opiekunki wyjąc z daleka: "Plosę Pani, bo Majcin mnie pzezywa...". I powiem szczerze, że w taki sposób odbieram to, co zrobił gracz Detroit robiąc wpis z donosem do całego świata na Garnetta.

Karł mówi o przekroczeniu granicy przez Garnetta:
"To smutne. To przekroczenie granicy 'dobrego smaku'. Nie wiem, czy rak jest epidemią w naszym kraju, ale traktujemy to jako problem. Jest bardzo niebezpieczny dla życia każdego. Robienie sobie z tego żartów, to część uszczypliwej gadki niektórych ludzi, zawodników... Trzeba jednak umieć wykazać się odpowiedzialnością i wiedzieć, kiedy coś można powiedzieć, a kiedy nie powinno się tego robić. Zakładając, że ja i Kevin bylibyśmy bliskimi przyjaciółmi, prawdopodobnie zadzwoniłbym do niego i powiedział: "Nie sądzę, że to, co powiedziałeś było w porządku.' Wierzę jednak, że to rywalizacja jest przyczyną braku kontroli nad tym, co mówimy., a najczęściej bywa to pozbawione wszelkich zasad moralności. Czasami zachowujemy się jak dzieci, nawet my, trenerzy." (przytoczone z ZPP).

Van Gundy wtóruje mu, ale idzie o krok dalej w swoich zamyśleniach:
Zacznę od Villanuevy. Miał szansę zrobić coś z tym na placu gry.Powinien załatwić to od razu a nie czekać na okazję do wpisu w sieciach społecznościowych. Jestem pewien, że KG wstydzi się tego dzisiaj,a le postępowanie Charliego jest karygodne. Mógł to załatwić na wiele innych sposobów, czy to na parkiecie, czy poza nim jak już wybierał się do autobusu.Postępowanie obu jest złe, ale nie wolno pozwolić aby świat dowiadywał się o takich zajściach pierwszy.

Jak więc widać, zdania są podzielone. Osobiście jestem najbliżej zdania Van Gundy'ego, uważam czyn KG za przekroczenie pewnej granicy, a Villanuevy za zbyt pochopny i nieprzemyślany. Ciekawie może być za to w kolejnych spotkaniach z udziałem obu graczy, którzy grają na tych samych pozycjach i nie sądzę aby i kolejnym razem obeszło się bez utarczek słownych ze strony Garnetta. Szczególnie, że widać jak na dłoni, iż gracz ten ma jakiś problem ze sobą (kto widział jego starcie z Bogutem z ostatniej nocy, ten wie o czym mówię).
Ciekawie będzie także i w spotkaniach z innymi szydercami lubującymi się w trash-talku, czy KG wytrzyma, gdy ktoś jego zaatakuje?

piątek, 29 października 2010

Oscar Schmidt

38,387 punktów – oto dorobek punktowy z bardzo bogatej kariery niezapomnianego Kareem Abdul Jabbara. Czy zadawaliście sobie kiedykolwiek pytanie, czy znajdzie się kiedyś ktoś, kto będzie w stanie poprawić ten niesamowity wynik? Pewnie nie jeden raz...

Dopóki na parkietach NBA szalał Michael Jordan, dopóty jego fani po cichu właśnie na to liczyli. Szansę na to przekreśliły mu jego przerwy w grze. Obecnie spoglądamy ku Bryantowi i Jamesowi, ale przed nimi droga jeszcze bardzo daleka.

Był jednak ktoś, kto z dumą może mówić o tym, że jest lepszy w tym względzie od byłego centra Lakers. I to dużo lepszy! Co prawda nigdy nie zagrał w NBA, ale sądzę iż warto przyjrzeć się bliżej postaci Oscara Schmidta. Brazylijczyk według nieoficjalnych danych w ciągu swojej 26 letniej kariery zgromadził w sumie 49,703 punkty! Wynik ten doprawdy robi ogromne wrażenie i w dzisiejszych czasach zdaje się niemożliwy do poprawienia.

Dla Amerykanów Brazylia kojarzona jest z Rio, zimnym piwem, dziewczynami w bikini oraz z „masowej produkcji” piłkarzy. Być może nie byłby najlepszym graczem ich ligi, ale z perspektywy czasu i wkładu jaki miał w rozwój tej dyscypliny sportu z pewnością zasługuje na to aby wiedział o nim przeciętny fan basketu na całym świecie.
Niektórzy pewnie pomyślą – „eeee tam, co to za wynik, skoro gość nie zagrał nawet meczu w najlepszej lidze świata...”. Ale spokojnie, zacznijmy od początku.

W 1984 roku Oscar został wybrany ze 131 numerem w drafcie przez New Jersey Nets. A więc wtedy, gdy swoje historie zaczęli zapisywać m.in. Jordan, Olajuwon, Barkley czy Stockton. Czemu nie zdecydował się nigdy na ubranie koszulki z numerem 14? Otóż były to czasy, kiedy zabraniano graczom zawodowym ( a za takich uchodziło wtedy NBA) występować w barwach swojego kraju w rozgrywkach międzynarodowych. Stało się tak dopiero kilka lat później. A jak wielkim honorem i zaszczytem jest przywdziewanie koszulki „canarinhos” dla każdego Brazylijczyka – tłumaczyć nie trzeba.

A więc jakie szczególne wyniki zadecydowały o tym, że Schmidtowi należy się miejsce na szczycie wśród wielkich koszykówki?
Do historii przeszedł przede wszystkim występ z roku 1987 na Igrzyskach Panamerykańskich, kiedy to po morderczej walce w finałowej potyczce Brazylia pokonała w Indianapolis gospodarzy 120:115. Tym samym przerwana została ówczesna passa USA 34 zwycięstw z rzędu. Kto był ojcem sukcesu graczy z Ameryki Południowej? Oczywiście Oscar, który tego dnia zdobył dla swojego kraju 46 punktów i mógł dumnie spoglądać w stronę opuszczonych głów m.in. Davida Robinsona, Danny Manninga czy Pervisa Ellisona.
Także w późniejszych bojach z drużynami USA pokazywał się z jak najlepszej strony – na Olimpiadzie w Barcelonie w 1992 roku, kiedy naprzeciw siebie miał rywali z uznawanej za najlepszą drużynę koszykarską wszechczasów - Dream Team potrafił uzyskać 26 „oczek”. Cztery lata później na IO w Atlancie przeciwko niewiele słabszej ekipie USA już jako 38 letni weteran zanotował 24 punkty.
Skoro jesteśmy już przy występach Olimpijskich to dodam, że Schmidt jest królem strzelców tych rozgrywek w całej ich historii (w trzech turniejach był najlepszym strzelcem), w sumie notując 1093 punkty, co daje mu średnią 28.8 pkt na mecz. W Seulu w 1988 roku zanotował 338 punktów, co dało szaloną średnią 42.3 punktu na mecz. Na IO był sumie pięć razy.
Można tylko teraz gdybać, co by było, gdyby miał u boku teraźniejszych koszykarzy występujących w zespole Brazyli – Tiago Splittera, Lenadro Barbosę, Nene Hilario czy Andersona Vareajo...

Sukcesy odnosił także na poziomie ligi brazylijskiej, hiszpańskiej czy włoskiej. W barwach Forum Valladolid w Hiszpańskiej ACB także był królem strzelców, potrafił rzucić 160 „trójek” na 330 oddanych. We Włoszech gdzie spędził 11 lat, miał sezon, kiedy zanotował średnią sezonu 39,6 punktu a w całej historii Lega Basket jest oczywiście liderem w klasyfikacji zdobytych punktów, gromadząc ich w sumie 13,957. W przedostatnim sezonie kariery, kiedy wrócił do kraju, mając na karku 44 wiosny rzucał ze średnią 35,4 punktu.

Po latach wspomniał o szansie, jaką dali mu New Jersey Nets. Oto co odpowiedział:
„Wcale nie żałuję swojej decyzji. Jeśli jesteś gwiazdą, wtedy NBA jest dla ciebie wspaniałe. Ale jeśli jest inaczej, musisz stąd odejść. Mój przyjaciel – Georgi Glouchkov grał przez pół roku w Phoenix Suns. Miał dla mnie jednak złe opowieści z tej ligi. Obrońcy pomimo jego czystych pozycji nie podawali mu piłki. Nie chciałbym tego. I nie mógłbym znieść...”
Niedawno zapytany o sukces z 1987 roku odniósł się do tych wydarzeń w dosyć oryginalny sposób:
„ Nie stchórzyliśmy. Zagraliśmy koszykówkę według mojego stylu gry, bez kontroli czasu, z chęcią zdobywania kolejnych punktów. Nie tak jak w Europie, gdzie zwracasz wzrok ku obronie i momentalnie oddajesz piłkę. My mogliśmy przegrać mecz, ale nie byliśmy przegrani jako ludzie w drużynie. Europejska koszykówka jest tchórzliwa!”
Bogatą karierę zakończył w 2003 roku w swoim stylu kończąc słowami”
„Mógłbym grać wiecznie”.
Jedno z amerykańskich pism tak zaś opisało Oscara:
„Są ludzie, którzy przenoszą pianina i są ludzie, którzy grają na pianinie”.W taki właśnie sposób można określić grę legendarnej „Mao Santa” czyli w wolnym tłumaczeniu „Świętej ręki”.


Dane personalne
Imię i nazwisko: Oscar Daniel Bezerra Schmidt
Pseudonim: Mao Santa (Portuguese for “Holy Hand”)
Urodzony: 16 luty, 1958
Birth place: Brazil
Wzrost: 2.05 mPozycja na boisku: Rzucający Obrońca
Żona: Cristina Victorino Schmidt
Dzieci: Felipe i Stephanie